Ambasador na pustyni | The Kapiszewski Center
Sunday, September 5, 2010

The Kapiszewski Center

for Bridging Cultural Boundaries

Ambasador na pustyni

Dodano przez admin kwiecień - 27 - 2009

Profesor Andrzej Kapiszewski przez sześć lat był ambasadorem RP w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W Abu Zabi tworzył w 1990 roku pierwszą polską placówkę. W poprzednim “Krakowie” w cyklu “Podróże krakowian” opublikowaliśmy pierwszą część jego wspomnień “Z profesora na ambasadora”. Tu -dokończenie.

Biochemia w oazie

Żony dyplomatów odgrywają ogromnie istotną, acz na ogól niedocenianą rolę w rozwoju stosunków międzynarodowych, zwłaszcza wspomagając męża w nawiązywaniu kontaktów. Tak było i w naszym przypadku. Zaczęło się od wpadki dzięki której jednak, zupełnie nieoczekiwanie, zostaliśmy zauważeni przez kogo trzeba i awansowani do kategorii “ważniejszych”. Dzień po przyjeździe mojej żony (a w miesiąc po moim przybyciu) zaproszono nas na defiladę z okazji miejscowego święta narodowego. Kierowca podwiózł nas do wejścia, zostaliśmy przez
kogoś powitani i weszliśmy na trybunę, zajmując miejsca zarezerwowane dla przedstawicieli Polski. Po chwili zorientowaliśmy się, że to trybuna tylko dla mężczyzn (dla kobiet znajdowała się kilometr dalej). Pełna separacja płci. Żona już zamierzała się chyłkiem wycofać, gdy władca kraju wprowadził na “męską” trybunę drugą kobietę: księżniczkę Annę z angielskiej rodziny królewskiej, goszczącą wówczas w Emiratach. Panie wymieniły ukłony. Żona poczuła się lepiej,a koledzy ambasadorzy z innych krajów z zazdrością patrzyli na żonę polskiego dyplomaty, siedzącą na “ich” trybunie, nie mogąc dojść, czemu zawdzięcza to wyróżnienie. Odnieśliśmy pierwszy sukces dyplomatyczny. Na marginesie. Parada była imponująca. Nam szczególnie zaimponowały biegnące krokiem defiladowym, z pełnym uzbrojeniem, w 45-stopniowym upale, kobiety z pierwszej w regionie kobiecej, arabskiej, elitarnej jednostki wojskowej. A jak byliśmy dumni, gdy usłyszeliśmy od spikera, że jest ona stworzona przez zasłużoną w walkach z Irakiem w czasie operacji .Pustynna Burza” panią pułkownik Karpinski. Już myśleliśmy, że to “nasza”, ale okazala się “zwykłą” Amerykanką, tylko żoną Polaka. Tak, tak, to ta sama pani, teraz już generał, Jane Karpinski,która zarządzała nie sławnym więzieniem Abu Gharib w Bagdadzie, gdzie torturowano aresztowanych przez Amerykanów Irakijczyków … Ale wróćmy do mojej żony, w “cywilu” doktor habilitowanej biochemii z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po paru miesiącach naszego pobytu miejscowa Akademia Medyczna “odkryła” ją i zaproponowała pracę w charakterze profesora.Niedawno otwarta Akademia miała za zadanie wykształcić miejscowe kadry medyczne; dotąd prawie wszyscy lekarze w Emiratach byli obcokrajowcami. Akademia byla prowadzona przez międzynarodową profesurę pod kierownictwem Brytyjczyków i według zachodnich programów nauczania. Zajęcia oczywiście były odrębnie dla kobiet i dla mężczyzn, w odseparowanych od siebie meczetem częściach supernowoczesnego kampusu. Studentek było niemal 70 proc. Pęd do wiedzy, a także pewnie chęć wyrwania się z domu, wśród tej płci, dyskryminowanej w innych dziedzinach życia w tamtejszym świecie, był wielki. W tej sytuacji kobieta w składzie kadry profesorskiej była wysoce cenioną wartością. Mogla być dla tych kobiet-studentek dobrym przykładem. Dla żony możliwość takiej pracy stanowiła oczywiście poważny dylemat.Z jednej strony była to okazja do kontynuowania pracy zawodowej, z drugiej jednak podjęcie jej oznaczało konieczność spędzania 5 dni w tygodniu samotnie w innym mieście, w całkowicie arabskim środowisku. No i jak to pogodzić z rozlicznymi obowiązkami wynikającymi z bycia żoną ambasadora? Uczelnia działała w Al Ain, słynnej w Arabi od wieków oazie, dziś już 200-tysięcznym mieście-ogrodzie, słynącym z parków i ukwieconych ulic. Urząd miasta zatrudniał kilkanaście tysięcy ogrodników, głównie Pakistańczyków, Uczelnię zlokalizowano w głębi pustyni, daleko od stolicy Abu Zabi i od Dubaju, wielkich kosmopolitycznych ośrodków mogących potencjalnie źle wpływać na studentów. Pewnie jednak także i dlatego, że było to miejsce urodzenia głowy państwa, dla którego edukacja była oczkiem w głowie. Oddalenie od innych miast pozwalało lepiej dbać o moralność studentów. W każdy czwartek (to arabska sobota) o godzinie 15. kilkanaście tysięcy studentek (studenci na ogól sami jeździli swoimi samochodami) z całego uniwersytetu zapełniało setki autobusów i odwożono je do domów leżących nawet w najodleglejszych zakątkach kraju. Niech w nich pod czujnym okiem rodziny spędzają czas wolny. W akademikach, będąc poza kontrolą, mogłyby im przychodzić w czasie weekendu różne złe pomysły do głowy …Po kilku tygodniach myślenia żona propozycję zaakceptowała; uznała, że tylko w ten sposób nie straci kontaktu z zawodem, a także nabędzie sporo nowych umiejętności. Formalności odbyły się z iście brytyjską biurokracją, łącznie z weryfikacją jej kwalifikacji zawodowych (rutynowa procedura obowiązująca każdego nowego pracownika naukowego) przez specjalną komisję uniwersytecką w Edinburgh University w Anglii. Otrzymała zezwolenie na pracę i na swoim a nie dyplomatycznym paszporcie zaczęła prowadzić od tego momentu bardzo intensywne życie. Jak się okazało, przez następnych siedem lat. Jak to przeżyła, do dziś nie wiem. Na uczelni była od 8.00 do 17.00. Potem, niemal codziennie wsiadała w samochód i gnała autostradą 138 kilometrów (zwykle robiła to w godzinę], by zdążyć na zaczynające się zwykle o 19.00 oficjalne przyjęcia. Zawsze umierałem wtedy ze strachu, bo autostrada była bardzo niebezpieczna. Codziennie media donosiły o groźnych wypadkach. Nie, nie były to kolizje z innymi samochodami, a z wielbłądami. Te, przyzwyczajone od wieków do swobodnego przemieszczania się po pustyni, często przechodziły przez autostradę. A w nocy bardzo trudno było je zauważyć. Przyjęcia kończyły się zwykle koło północy. Pięć godzin snu i z powrotem 138 kilometrów na uczelnię. Takie rozwiązanie przynosiło jednak efekty. Od strony naukowej - nawiązanie owocnej współpracy naukowej Emiratów z kilkoma uczelniami polskimi; od strony dyplomatycznej - szczególne uznanie w korpusie, ale także kontakty na salonach z żonami miłościwie panujących szejków; lokalnie - poprzez częste wywiady w mediach - pokazanie, że polskie kobiety coś sobą reprezentują.
Ucząc miejscowych, żona miala wyjątkową okazję do ich poznania. Trzeba bowiem wiedzieć, że dla większości obcokrajowców, a zwłaszcza dla dyplomatów, kontakty z ludnością miejscową były dość ograniczone, oczywiście poza kontaktami ściśle oficjalnymi. Natomiast moja żona przebywała z .lokalami”, jak ich w żargonie obcokrajowców nazywano, na co dzień. Oczywiście widywała osobno studentów, osobno studentki. Na zmianę powtarzała ten sam wykład, raz dla mężczyzn, raz dla kobiet. Wymagania Akademii w stosunku do wykładowców były wręcz feudalne. Tak przynajmniej nazwałaby je nasza polska profesura. Jeśli student nie umiał, to mogło to tylko oznaczać brak umiejętności wykładowcy. Pytania do każdego egzaminu czy kolokwium były czytane, dyskutowane i poprawiane przez specjalną Komisję Wydziałową. Ta sama komisja, zwykle niespodziewanie, kilka razy w semestrze, wizytowała zajęcia i wydawała opinię o prowadzonych wykładach. Wszystkie wyniki egzaminu musiały być omawiane ze studentami na specjalnych zajęciach. itp. Żona do dziś żartuje, że każdy polski wykładowca powinien przejść taką szkołę. Na pewno znacznie podniosłaby się i u nas jakość nauczania. W ciągu lat pracy na uczelni żona zauważyła stały wzrost liczby studentek z zasłoniętymi twarzami. Ta zdawałoby się negatywna zmiana była tendencją postępową. To bardzo tradycyjne, beduińskie rodziny zaczęły uznawać wagę edukacji i zgadzać się na wysyłanie swoich córek na uniwersytet. Coraz częściej nawet zawarcie małżeństwa, które nadal aranżowane jest przez rodziny, o czym młoda kobieta dowiaduje się często znienacka, niekoniecznie oznacza już potrzebę przerwania studiów i poświęcenie się domowi. Mimo to ciągle jeszcze niewielki odsetek absolwentek, w szczególności  lekarek, zaczyna pracę zawodową. Stoją temu na przeszkodzie zwyczaje i brak potrzeby pracy kobiet z powodów ekonomicznych w tym niesłychanie bogatym kraju. “Nie szkodzi - uważa moja żona - wykształcenie kobiet nie ulega zmarnowaniu. Będą one zupełnie inaczej wychowywały swoje dzieci niż mogły to czynić ich niewykształcone matki”. Niestety,statystyki pokazują, że młody Emiratczyk,statystycznie gorzej wykształcony, niechętnie bierze za żonę miejscową wykształconą dziewczynę. Zapewne się obawia takiego partnera. Ponadto posag płacony przez pana młodego emirackiej rodzinie wybranki jest ogromnie wysoki, Coraz częściej więc Emiratczycy wybierają za żony “tańsze”, o mniejszych wymaganiach i wykształceniu, dziewczyny z innych krajów. To poważny problem społeczny. Pozycja profesora na Akademii Medycznej powodowała czasem zabawne incydenty. Któryś z urlopów spędziliśmy w Indiach. Po powrocie żona przez dłuższy czas odczuwała dolegliwości żołądkowe i musiała być na ścisłej diecie. A tu przychodzi zaproszenie od ambasadora Hiszpanii na uroczysty obiad w jego rezydencji, z okazji święta narodowego.
Nie bardzo można odmówić. Żona dzwoni do żony ambasadora i tłumaczy, że jeśli przyjdzie to będzie mogła jeść tylko ryż. “Nie ma sprawy, dostaniesz ryż”. Przyjęcie. Elegancja-Francja (wlaściwie powinno się powiedzieć: Elegancja-Hiszpania). Tradycje królewsko-mocarstwowe.
Ambasador z utytułowanej szlachty, nazywany w korpusie dyplomatycznym Lechem, ze względu na łudzące podobieństwo do Walęsy. Smokingi, kelnerzy w białych rękawiczkach. Siadamy. Przystawka. Kelnerzy wnoszą ją na talerzach pod srebrnymi przykrywkami. Odslaniają przed gośćmi. Żona dostaje bielutki ryż usypany w piękną kupkę (najlepszy rodzaj basmati). Kelnerzy zabierają przystawki. Wnoszą kolejne danie. Przykryte.Odkrywają. Biały ryż. Ciekawe spojrzenia biegną w stronę talerza żony. Ale dobre wychowanie nie zezwala na zadawanie pytań. Kolejne potrawy, kolejna, zawsze świeżutka porcja ryżu na półmisku. Wreszcie żona jakiegoś ambasadora nie wytrzymuje i pyta: .A cóż to za nowa dieta?”. Żona z kamienną twarzą: “ryżowa” i długo “naukowo” wyjaśnia mechanizm jej działania. Wszyscy kiwają ze zrozumieniem głowami. No i zaczęło się. Wieść poszła, że pani profesor odkryła nową cudowną dietę, pewnie odchudzającą, a może i odmładzającą. Po tygodniu cała dyplomacja Abu Zabi była na diecie ryżowej. Ambasador Indii, kraju będącego głównym eksporterem ryżu, przysłał żonie worek basmati. Za promocję. Żony tak bardzo nie chcieli wypuścić z Akademii, że została tam jeszcze przez rok, kontynuując swoje badania, gdy ja już wróciłem do kraju.

Wieża Światła

Krakowianie mocno zaznaczają swoją obecność w Emiratach. Największa polska inwestycja w tym kraju, to supernowoczesna fabryka puszek krakowskiego Can-Packu w Fudżajrze. Dobrze tam znani inżynierowie, lekarze i pielęgniarki są oczywiście z Krakowa. No i Sawka. Jan Sawka, malarz, plakacista, scenograf (któż nie pamięta jego plakatów do przedstawień Teatru STU, a jeszcze wcześniej rysunków w “Studencie”), po wyjeździe z Krakowa i sukcesach w Ameryce (autor performances słynnego zespołu .Greatfull Dead”) zaproszony został kiedyś do Japonii. I zakochał się w tym kraju i kulturze. Jednym ze sponsorów jego pobytu był wielki japoński koncern produkujący szkło: Nippon Sheet Glass. Jego laboratoria badawcze wymyśliły szkło, które zmieniało barwę pod wpływem impulsów elektrycznych: można było też na nim “wyświetlać” dowolne obrazy - nie znam się na fizyce, ale coś w rodzaju ciekłokrystalicznych ekranów, jakie mamy w zegarkach, komputerach czy ekranach najnowszych telewizorów, tyle tylko, że w dowolnie wielkim formacie.Sawka- san, jak mówi o sobie od czasów swojego romansu z Japonią, postanowił wykorzystać tę technologię do artystycznych prezentacji. Zaprojektował np. wspaniały monumentalny pomnik w Nagasaki, do parku upamiętniającego miejsce eksplozji bomby atomowej: kilkunastometrowe okno, z przezroczystymi w dzień szybami, przez które widać piękne wzgórza pokryte lasem. °zmroku ten “dzienny” obraz zaczyna być elektronicznie wyświetlany. I przez całą noc, na tle rozgwieżdżonego nieba, widać to słoneczne okno z pięknym krajobrazem za szybą. “Okno Nadziei”. Optymizm, mimo ciemności. Projektu tego ze względu na koszty nie udało się niestety zrealizować. Sawka- san razem z japońskimi koncernami postanowili więc spróbować podbić Arabię. Oni pragnęli wejść na tamtejsze rynki, Sawka zaprezentować swoją sztukę na piaskach pustyni. Sawka nie był pierwszym światowym artystą, który próbował zainteresować swoją sztuką Emiraty. Przed nim zjechał słynny Christo (autor takich kontrowersyjnych instalacji, jak umieszczenie w 1991 r. kilku tysięcy niebieskich parasolek w Kalifornii i Japonii, czy opakowanie srebrnym materiałem Reichstagu w 1995 r.), Christo zaproponował postawienie na pustyni pomnika sukcesu Emiratów - piramidy większej od Cheopsa zbudowanej z beczek ropy naftowej. Projekt okazał się jednak za awangardowy i nie uzyskał akceptacji szejków. I wtedy pojawił się Sawka. W roku 1996 zorganizowaliśmy największą w historii jego retrospektywę w prestiżowej Cultural Foundation w Abu Zabi.Do Emiratów przypłynęły dwa kontenery jego prac. Wystawa odbyła się pod patronatem premiera kraju. Szejkowie, tłumy zwiedzających i… Wieża Światła. Projekt Sawki, wykorzystujący najnowsze technologie, przewidywał postawienie przy wyjeździe do stolicy kraju 100-metrowej szklanej wieży-igły o przekroju zaledwie 7 metrów, na której przez cały dzień wyświetlane byłyby specjalne barwne kompozycje artysty. W otoczeniu parku, ze specjalnie skonstruowanym wokół
wieży amfiteatrem, z którego przez cały dzień wjeżdżających do miasta witać miały dźwięki muzyki o motywach arabskich, ale skomponowanej na ten cel specjalnie przez słynnego Eda Sumrnerlina … Projekt Wieży Światła wzbudził niesłychane zainteresowanie. Szejkowie zapraszali Sawkę na wieczorne biesiady. Media szczegółowo opisywały jego dokonania. Sawka, Polska i Kraków przez wiele dni dominowały w Abu Zabi. Jednak 200 milionów dolarów na dzieło sztuki wydało się pragmatycznym szejkom sumą za dużą. W Abu Zabi, w największej galerii Emiratów pozostały na wieczną rzeczy pamiątkę dwa obrazy Sawki oraz wielka makieta Wieży Światła. A projekt może kiedyś zostanie zrealizowany.

Artykuł pochodzi z miesięcznika społeczno - kulturalnego “Kraków” (grudzień nr 2/2004)



Leave a Reply