Z profesora na ambasadora | The Kapiszewski Center
Sunday, September 5, 2010

The Kapiszewski Center

for Bridging Cultural Boundaries

Z profesora na ambasadora

Dodano przez admin kwiecień - 27 - 2009

W latach 1989 i 1990, wkrótce po transformacji ustrojowej - jak to się teraz określa - Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaproponowało wielu pracownikom naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego wsparcie nowej polskiej służby dyplomatycznej. Kilkunastu naukowców - wśród nich i ja - zaakceptowało propozycje i wkrótce wyjechało na placówki do Europy, USA, Ameryki Południowej i Azji. 31 października 1990 r.
wylądowałem na lotnisku wAbu Zabi, w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, by utworzyć pierwszą polską ambasadę w tym kraju. Tak rozpoczął się niezwykle interesujący okres w moim życiu: 6 lat dyplomacji w świecie arabskim.

Polaków w Arabii, a dokładniej rzecz biorąc na Półwyspie Arabskim., było już wówczas sporo. Od lat siedemdziesiątych pustynne emiraty leżące nad Zatoką Perską szybko się rozwijały, dzięki gigantycznym dochodom z ropy naftowej.Ich ludność z 4 milionów w roku 1950 wzrosła w ciągu pół wieku ponad siedmiokrotnie, przekraczając 30 mln. Ogromną część tej społeczności stanowili obcokrajowcy,skuszeni wysokimi zarobkami interesującą pracą, wśród nich - Polacy. Zaczęło się od Kuwejtu, gdyż tylko władze tego emiratu nie były na tyle pryncypialne, by nie utrzymywać oficjalnych stosunków z państwami komunistycznymi.
Pozostałe monarchie Zatoki: Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Katar i Oman nie chciały rozwijać kontaktów z ateistycznym światem. Dopiero po rewolucji 1989 r. wyraziły gotowość nawiązania stosunków dyplomatycznych z krajami Europy Wschodniej (Arabia Saudyjska podjęła tę decyzję kilka lat później). Polski MSZ postanowił więc szybko otworzyć ambasadę w Abu Zabi: należało objąć opieką konsularną znajdujących się tam Polaków oraz stworzyć bazę traktatową, umożliwiającą przede wszystkim rozwój korzystnej dla Polski wspólpracy gospodarczej. 11 listopada 1990 r., w dzień święta narodowego Polski, otwarta została uroczyście polska ambasada. W centrum Abu Żabi zaczęła powiewać polska flaga. Mojej pracy dyplomatycznej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Katarze nie zamierzam opisywać. Chyba dobrze oceniali ją kolejni ministrowie spraw zagranicznych, skoro kilkakrotnie przedłużali mój pobyt w Arabii. Przytoczę natomiast kilka anegdot i wspomnień z pobytu w tej fascynującej krainie.

Wielbłąd a sprawa polska

Zadzwonił do mnie ambasador niemiecki z prośbą o piłną wizytę w sprawie wagi państwowej. No proszę, pomyślalem sobie, w NATO i Unii Europejskiej jeszcze nas nie ma, ale ważne interesy już do nas mają. Wkrótce przyjechał. Wymieniliśmyuwagi o tym, co słychać w regionie,
po czym ekscelencja przeszedł do rzeczy. Otóż pewnemu farmerowi niemieckiemu,nazwijmy go Franz, mimo dotacji unijnych nie wiodło się najlepiej. Popijając piwo w gospodzie, zwierzył się ze swoich klopotów kolegom. Jeden z nich, pewno na rauszu, poradziJ mu, by zamiast
krów, zaczął hodować … wielbłądy..Oferując turystom przejażdżki wielbłądami- zrobisz majątek”.Franz uwierzył i w zoo we Frankfurcie kupił dwa stare wielbłądy. Minął rok, ale turyści nie przyjeżdżali. Franz był znowu sfrustrowany. “Bo nie wiesz, jak robić porządny marketing - orzekli sąsiedzi - utwórz Niemieckie Towarzystwo Przyjaciół Wielbłądów, znajdź znaną osobę, która zgodzi się być prezesem towarzystwa i reszta potoczy się sama.Zobaczysz, zrobisz jeszcze dzięki tym wielbłądom karierę”. Franz posłuchał.Na prezesa dal się wybrać poseł komisji spraw zagranicznych Bundestagu. Pewnie pomyślał, że i on może sobie jakąś darmową reklamę w mediach dzięki temu zrobić. Ambasador snuł swą opowieść, a ja zaczynałem patrzeć na niego coraz podejrzliwej.Powoli zmierzał jednak do praw wagi państwowej. Kilka miesięcy wcześniej w Abu Zabi przebywała delegacja niemieckich parlamentarzystów w ramach programu rozszerzania współpracy gospodarczej ze światem arabskim.Na zakończenie odbyło się spotkanie z prezydentem Emiratów. Tam nasz prezes od wielbłądów wygłosił pean na cześć szejka za jego działania na rzecz propagowania wyścigów wielbłądów (w Arabii są równie popularne jak wyścigi koni i stąd dobry wielbłąd-wyścigowiec kosztować może nawet kilkaset tysięcy dolarów). I dodał, że on też te szlachetne zwierzęta pragnie w Niemczech promować. A szejk na to: “Cieszę się niezmiernie. Od dawna marzyłem o wyścigach wielbłądów w Europie. Dam panu dwadzieścia najlepszych wyścigowych wielbłądów z moich tajni i mercedesa jako nagrodę dla zwycięzcy wyścigu mojego imienia“. Niemiecki poseł był wniebowzięty. Sam szejk zainteresował się Niemcami. Pewnie uda się dzięki temu zaktywizować wzajemne kontakty. No i jaka promocja!Wyścigi wielbłądów w Berlinie! Delegacja wróciła do Niemiec. Prezes-poseł zadzwonił do Franza. “Ma z pan więcej niż mogłeś sobie wymarzyć: za darmo 20 wyścigowych wielbłądów. Do roboty!”Franz napotkał barierę nie do pokonania.
Kwarantanna, wszystkie zwierzęta przywożone do Niemiec musząją przejść. Kto zapłaci za 6 miesięcy pobytu 20 wielbłądów w jakimś niemieckim zoo? Zadzwonił do prezesa-posła. A ten do ambasadora wAbu Zabi. “Niech pan ekscelencjo załatwi, by szejk zapłacił za kwarantannę swoich wielbłądów“. Ambasador udał się do pajacu. Na szczęście nie do samego prezydenta. “Uchowaj Boże, żeby pan zwrócił się z taką sprawą do szejka. Przecież jego wielbłądy są więcej niż zdrowe. Opiekują się nimi na co dzień najlepsi lekarze. Mają własny, supernowoczesny szpital. Kwarantanna to brak zaufania do nas. Szejk się obrazi“. I teraz zrobił się problem wagi państwowej. Ale Franz wymyślił, że kwarantannę wielbłądy mogą odbyć w… Polsce. Zaświadczenia o ich stanie zdrowia od polskich weterynarzy umożliwią im wjazd do Niemiec. A polska kwarantanna będzie wielokrotnie tańsza od niemieckiej. Warszawskie zoo podjęło się zadania. Dyrektor zatarł ręce: “Dzięki wielbłądom z Emiratów uda się rozwiązać problemy finansowe mojego zoo“. Franz zadzwonił do prezesa-posła, poseł do ambasadora, ambasador do mnie: “Ekscelencjo, niemiecka racja stanu potrzebuje waszej pomocy. No i moja dalsza kariera … Zróbcie, proszę, co
możecie dla tych wielbłądów”
. Zawiadomiłem MSZ: “Pilne. 20 wielbłądów prezydenta emiratów w drodze do Warszawy. Niemcy proszą o pomoc“. (Pewnie pomyśleli, że czas już odwołać mnie do kraju.) Dokumentacja takiego transportu to mnóstwo papierkowej roboty.A tu jeszcze szejk łaskawie postanowił swój samolot wielbłądom podstawić. Więc trzeba i zgodę na lot samolotu Zjednoczonych Emiratów Arabskich do Polski załatwić - pierwszy taki rejs w historii wzajemnych kontaktów.Nadszedł ten dzień. Wielbłądy załadowano,razem z nimi ekipę lokalnej telewizji, weterynarza i pakistańskich pastuchów.No i radcę handlowego ambasady.
Tak na wszelki wypadek. Wysiałem wiadomości do polskich mediów. Samolot wrócil, ekipa telewizji też. Okazało się, ze szejk zażyczył sobie regularnych raportów o tym, jak jego ukochane wielblądy nad Wislą się mają. Ucieszylem się. Szejk co tydzień dostanie wieści
z Polski. Może i naszym krajem się zainteresuje,jak Niemcami? Ale obejrzałem film z Okęcia i zmartwiałem. Same problemy. Nie zadbano o dywan na powitanie. Nie, to nie kolejne szaleństwa bogaczy.Wielbłądy mają długie nogi. W samolocie przewozi się je spętane. Jak
kaczki. Z samołotu wyjmuje się dżwigiem. I kladzie na ziemię, nie na beton! Jak mogliśmy o tym nie wiedzieć? Przecież mogły sobie kolana podrapać. Na Okęciu dywanu nie mieli. Ale Polak potrafi. Ułożyli na betonie tekturę z jakiś pudeł i wielbiądom nic się nie stalo. Ale
co za wstyd! Na filmie pudla zamiast dywanu.A potem kolejna wpadka. Po wielbłądy zoo wysłało samochód z przyczepą do przewozu koni, za niską i wielbłądy się nie zmieścily. A tu już zmrok zapadał. Transport przełożono na następny dzień. Pastuchy z Pakistanu przywiązali
więc wielblądy do ogrodzenia lotniska, zapalili sobie obok ognisko i polożyli się spać. Na filmie wyglądało to bardzo romantycznie. Ale co na to szejk? Skończyło się dobrze. Wielbłądy odbyły kwarantannę pod Warszawą. Dobrze się tam czuły. Stado się nawet rozmnożyło
(skoro urodzone na polskiej ziemi, to czy nie nam się wielbłądzięta należały?) Zimą przyjechał po nie Franz. A w lipcu następnego roku w Berlinie odbyły się pierwsze w Europie wyścigi wielbłądów imienia szejka Zayed al Nahyana. Niemcy wzmocniły swoją pozycję w Emiratach. Dzięki nam. Polakom.

Wizyty dyplomatyczne

Podczas kilkuletniego pobytu w Emiratach organizowałem wiele wizyt polskich polityków. Do Abu Zabi dwukrotnie zawitał prezydent Lech Wałęsa oraz premier Pawlak. (Aleksander Kwaśniewski, wówczas jeszcze nie prezydent, przyleciał do Emiratów jedynie na wczasy
połączone z tenisem). Wizyty oficjalne to rozliczne problemy. Pierwszy - program wizyty. Na tym szczebłu powinien byłbyć szczegółowo uzgodniony na wiele tygodni naprzód. Ale w Emiratach to niemożliwe. Tam zabierano się do organizacji wizyty zwykle na dzień przed jej rozpoczęciem. Wymagało to ode mnie szczególnej ekwilibrystyki - przekonywania MSZ w Warszawie, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik i modlenia się, żeby nic się nie zawaliło. Większych wpadek przeważnie nie miałem. Było natomiast ciekawie.Po pierwsze, dowiedziałem się, że skład delegacji zależy od temperatury powietrza. Im większy upał, tym mniej osób mogło przylecieć nad Zatokę. Prezydent i premier III RP dysponują wspaniałym sprzętem latającym pod nazwą Tu-154 M.Ich silniki są stosunkowo małej mocy. Przy wysokiej temperaturze powietrza (a taka przez większą część roku panuje w tamtym rejonie), czyli przy rozrzedzonym powietrzu,wypełniony samolot może nie oderwać się od ziemi. Inny problem to zawieszenie tego samolotu. Jest tak czule, że uniemożliwia korzystanie z  “rękawów”
i zmusza pasażerów do dodatkowych podróży autobusem po płycie lotniska.Po drugie, przyjęcia. Wladcy emiratów z arabską gościnnością podejmują przybyłych gości wystawnymi bankietami. Mają one w Abu Zabi swój rytual. Zaproszeni goście, korpus dyplomatyczny
itp. przyjeżdżają do jednego z pałaców (a sam prezydent ma ich w Abu Zabi kilkanaście) punktualnie, jak nakazuje protokół.l zajmują miejsca w wielkiej jak komnaty wawelskie sali. ł czekają. .. czekają… czekają. Czasem godzinę, a czasem cztery. Należy siedzieć, tam gdzie się siadło. Po jednej stronie “miejscowi”, po drugiej - zaproszeni goście. Gospodarzom nie bardzo wolno rozmawiać z gośćmi. A nuż w takiej nieoficjalnej
rozmowie powiedzieliby coś, czego nie powinni. Pozostaje więc popijanie wspaniałych soków owocowych serwowanych przez uniżonych kelnerów i objadanie się świetnymi szwajcarskimi czekoladkami, stojącymi przed każdym fotelem. I okadzanie się drzewem sandałowym, które co chwilę przynoszą na żarzących się węglach służący.Apetyt rośnie. Wreszcie nadchodzi długo oczekiwana chwila. Pojawia się szejk z gościem i zaprasza wszystkich do jadalni.Kilkaset osób (oczywiście sami mężczyźni) żwawo zajmuje miejsca za uginającymi się od potraw stołami. Kelnerzy zaczynają błyskawicznie obsługiwać gości. Błyskawicznie, bo sędziwy szejk-prezydent jada mało i szybko. A jak skończy i wstanie od stołu, wszyscy muszą opuścić salę. No bo jakże to siedzieć przy stole bez gospodarza. Mój kolega, ambasador Szwajcarii skrzętnie notował długość każdego posiłku. Im dłuższy, tym gość ważniejszy, Najdłuższy odnotowany przez niego obiad trwał 28 minut. Nie było szans zjeść czegoś więcej niż drugą przystawkę. A zupa, a dwa drugie dania, a wspaniale desery - można tylko pomarzyć …
Raz zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Do emiratów zjechal premier Pawlak.Szejk podjął go obiadem. Ijak zawsze, po długim wyczekiwaniu, wszyscy w pośpiechu połykali przystawki wiedząc, że na wiele więcej nie ma co liczyć. A tu niespodzianka! Rozmowy szejka z naszym
premierem trwają i trwają. Wjeżdża zupa. I drugie dania. Potem deser. Na sali zaniepokojenie. Ambasador rosyjski usiłuje wyciągnąć ode mnie, o czym oni tak długo rozmawiają - jutro przyjeżdża premier Czernomyrdin. Ambasador brytyjski już obrażony. Wczoraj bankiet na cześć jego premiera trwał tylko dwadzieścia minut. Dlaczego Polacy są tak ważni dla Emiratczyków? Robię tajemniczą minę. Sukces dyplomatyczny - obiad trwa prawie półtorej godziny! A o czym rozmawiali? Tajemnica służbowa. Dzisiaj można ją już chyba złamać. O polowaniach. Obaj są zapalonymi myśliwymi, a tłumacz miał spore trudności  z opisem zwyczajów łowieckich i używanej broni. Z obiadem tym był zresztą i inny problem.
Członkiem delegacji oficjalnej była kobieta - pani minister Barbara Blida. Co zrobić? Miejscowi są nadzwyczaj kurtuazyjni. Nie ma sprawy. No i po raz pierwszy chyba w sali bankietowej zasiadla kobieta. Miejscowa telewizja zwyczajowo pokazująca sprawozdania z takich przyjęć, starannie wycinała a wszystkie ujęcia z naszą panią minister. Bo co miejscowi mogliby sobie o tym pomyśleć? l jak frywolnie była ubrana. W dlugą czarną suknię, nawet bez dekoltu, ale z muślinowymi rękawami. I zarysu łokcia można się było dopatrzyć. Zgroza.

Artykuł pochodzi z miesięcznika społeczno - kulturalnego “Kraków” (listopad nr 1/2004)



Leave a Reply