Archiwum kategorii ‘Czytelnia’
Mity o wojnie i pokoju na Bliskim Wschodzie | Myths about war and peace in the Middle East
Smak życia to smak rozstań
O Profesorze Andrzeju Kapiszewskim
Smak życia to smak rozstań.
Cmentarz Rakowicki w majowy poranek nadzwyczaj odmłodniał. Na pogrzeby przychodzą zwykle ludzie starsi. Profesora Andrzeja Kapiszewskiego żegnała rzesza studentów, doktorantów, młodych współpracowników z Uniwersytetu i „Frycza”. W ten obraz wpisywał się głos syna Zmarłego, Piotra:
- Ja także byłem jego uczeniem. Nauczył mnie wielu rzeczy, pokazał mi świat. Nauczył mnie jak ważne jest zrozumienie i słuchanie innych. Patrząc na niego nauczyłem się, że determinacją i konsekwentnym działaniem można osiągnąć wszystko, jeśli tylko wierzymy, że podejmowane przedsięwzięcia są słuszne i prawe. W końcu nauczył mnie pomagać innym. Nie złamał go nawet ból towarzyszący mu w ostatnich miesiącach życia. Wierzę, że z Państwa pomocą znajdziemy sposób na urzeczywistnienie wielu jego marzeń, na których realizację zabrakło mu życia.
„Wujek Andrzej” - mówili do niego synowie przyjaciół, z którymi potrafił nawiązywać niezwykłe kontakty. Niektórzy wręcz przepadali za rozmowami z nim, bo się nie mądrzył - a wyjaśniał, nie wypytywał - a pytał.
-Znałem Andrzeja przeszło 40 lat - wspominał w homilii ksiądz Adam Boniecki, redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”. Kiedy jako jedenastoklasista dołączył do grona duszpasterstwa akademickiego, uderzała jakaś niezwykła dojrzałość tego chłopca. Zrozumiałem, ze on tę dojrzałość wyniósł z domu, przekazali mu ją wspaniali rodzice. W ich życie wpisana jest tragiczna historia, najnowsze dzieje Polski
Ojciec Henryk, prawnik, ożenił się w 1928 r. z Marią Zakrzewską. Ona wydawała harcerskie pismo „Na tropie”, on jako komisarz międzynarodowy ZHP wizytował harcerstwo polskie za granicą, głównie w Niemczech. Od 1939 - w MSZ. Po wybuchu wojny, umieszczony na liście poszukiwanych przez gestapo, został z rządem polskim ewakuowany do Rumunii. Potem Paryż, a po upadku Francji - francuski ruch oporu. Odnalazł żonę i razem przedostali się do Anglii, gdzie po upadku powstania warszawskiego angażowali się w pomoc uchodźcom, głównie członkom Szarych Szeregów.
Decydując o powrocie do Polski uznali, że ich miejsce jest w kraju, a nie na obczyźnie. Po przyjeździe ojca nękał Urząd Bezpieczeństwa, oskarżano go o pracę dla wywiadu państw zachodnich. Miał poza tym niewłaściwy rodowód - związki z przedwojennym MSZ, z rządem londyńskim. Przez kilka lat pracował jako stróż nocny. Dopiero w ostatnich latach swego życia dostał pracę w Archiwum Państwowym w Krakowie. Zdążył napisać historię harcerstwa polskiego w Niemczech, wydan1) pięć lat po jego śmierci w 1969 roku.
Maria Kapiszewska była wnuczką pisarki Marii Prus-Głowackiej, córką autorki powieści dla młodzieży Heleny Zakrzewskiej (w PRL prześladowana przez władze komunistyczne, zwłaszcza za powieść Białe róże o obronie Lwowa w roku 1920). Ojcem Heleny był Feliks Wiśniewski, uczestnik powstania styczniowego. Ojcem matki Andrzeja, Marii - Konstanty Zakrzewski, profesor chemii na Uniwersytecie Lwowskim a później Jagiellońskim.
- Andrzej wiedział, czego chce, co jest ważne w życiu - mówił ks. Boniecki - Wychodzi z naszego środowiska, bo widzi, że więcej jest do zrobienia w organizacjach, i że tego nie da się pogodzić. Był to jedyny przypadek w moim duszpasterstwie, że ktoś przyszedł i powiedział wprost - odchodzę, bo jest tam więcej do zrobienia.
Wtedy Andrzej już studiował matematykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wstąpił do ZSP i działał w nim do momentu, gdy do nazwy dołączono przymiotnik „socjalistyczny”. Zanim został przewodniczącym uniwersyteckiego Zrzeszania Studentów Polskich uprawiał turystykę, zwłaszcza górską, kontynuując rodzinne tradycje. Góry pozostały jego pasją. Było jak w pieśni Włodzimierza Wysockiego: „Wyższe od tych gór są tylko takie, na których jeszcze nie byłeś…”
- Żegnamy profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownika katedry, wielkiego uczonego, wielkiego nauczyciela wielu pokoleń studentów i doktorantów. Skończył studia matematyczne, potem pracował w Instytucie Socjologii, Instytucie Badań Polonijnych, wyprowadzał z zapaści Fundację dla Uniwersytetu, współtworzył Wydział Studiów Międzynarodowych i Politycznych. Robił wiele dobrego dla Uniwersytetu - mówił rektor UJ prof. Karol Musiał. - To co dla wielu z nas było skomplikowane, dla niego było po prostu kolejnym wyzwaniem. On zawsze mierzył siły na zamiary, nigdy odwrotnie.
Żegnając współzałożyciela i pierwszego rektora Krakowskiej Szkoły Wyższej im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego, jej obecny rektor prof. Jerzy Malec akcentował, że oprócz talentów Naukowych, organizacyjnych, dyplomatycznych, Andrzej Kapiszewski był „człowiekiem prawdy i wielkiego serca. Marzył, by stworzyć uczelnię ważną dla krakowskiego środowiska naukowego, uznaną i cenioną. I w dużym stopniu udało mu się te marzenia zrealizować.”
- Był wielkim wizjonerem. Prawym, odważnym, wymagającym człowiekiem, stawiającym współpracownikom trudne zadania. Pamiętam - wspominał kanclerz uczelni prof. KSW Klemens Budzowski - jak podczas inauguracji roku akademickiego w roku 2002 profesor Kapiszewski, wówczas rektor KSW mówił, że wkrótce nadejdzie czas, kiedy dobre uczelnie niepaństwowe zaczną być postrzegane jako partnerzy w misji podnoszenia poziomu wykształcenia społeczeństwa. Dziś możemy powiedzieć że tak się stało.
Ksiądz Boniecki powiedział o działalności Andrzeja Kapiszewskiego: - Był człowiekiem błogosławieństw. Miał doskonałe poczucie granic kompromisu. Konsekwentnie wiedział, czego chce, co jest ważne w życiu.
Kierując Instytutem Badań Polonijnych UJ, badał i opisywał stosunki Polaków i Żydów w USA, nieporozumienia między grupami polskimi i murzyńskimi oraz polsko-ukraińskie konflikty etniczne na emigracji. Pisał o dzielących te narody różnicach nie dlatego, że fascynowały go konflikty i wojny. Dociekał ich przyczyn, starając się zrozumieć racje każdej ze stron. Jako ambasador w Emiratach Arabskich i Katarze bardzo podniósł prestiż Polski w regionie, rozwijając współpracę kulturalną i wielokrotnie zwiększając obroty handlowe. Był człowiekiem zgody, ale nie ugody.
Posiadał jakąś wrodzoną busolę, dzięki której bezbłędnie odnajdywał właściwą drogę i kierunek - w Nowym Jorku lub Checago, ale także - Paryżu czy Rzymie. Równie łatwo poruszał się po nieoznakowanych ścieżkach tatrzańskich czy beskidzkich, zawsze trafiając do celu. Ukochane Tatry… w nekrologu przyjaciele napisali „Regle będą za Tobą tęsknić, Andrzeju”.
W pamiętniku napisał, że dwadzieścia lat swego życia spędził poza krajem. Być może to doświadczenie sprawiło, że ostatnio zanotował: „Dla mnie i mojej żony smak życia to smak rozstań i poznawania nowego świata. To wierność przyjaciół mimo ciągłej nieobecności, to kojący bezkres pustynnych przestrzeni i nieustająca próba doganiania uciekającego czasu…”
Jan Marcjan
Tekst pochodzi z miesięcznika społeczno - kulturalnego “Kraków” (maj nr 5/2007)
Ambasador na pustyni
Profesor Andrzej Kapiszewski przez sześć lat był ambasadorem RP w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W Abu Zabi tworzył w 1990 roku pierwszą polską placówkę. W poprzednim “Krakowie” w cyklu “Podróże krakowian” opublikowaliśmy pierwszą część jego wspomnień “Z profesora na ambasadora”. Tu -dokończenie.
Biochemia w oazie
Żony dyplomatów odgrywają ogromnie istotną, acz na ogól niedocenianą rolę w rozwoju stosunków międzynarodowych, zwłaszcza wspomagając męża w nawiązywaniu kontaktów. Tak było i w naszym przypadku. Zaczęło się od wpadki dzięki której jednak, zupełnie nieoczekiwanie, zostaliśmy zauważeni przez kogo trzeba i awansowani do kategorii “ważniejszych”. Dzień po przyjeździe mojej żony (a w miesiąc po moim przybyciu) zaproszono nas na defiladę z okazji miejscowego święta narodowego. Kierowca podwiózł nas do wejścia, zostaliśmy przez
kogoś powitani i weszliśmy na trybunę, zajmując miejsca zarezerwowane dla przedstawicieli Polski. Po chwili zorientowaliśmy się, że to trybuna tylko dla mężczyzn (dla kobiet znajdowała się kilometr dalej). Pełna separacja płci. Żona już zamierzała się chyłkiem wycofać, gdy władca kraju wprowadził na “męską” trybunę drugą kobietę: księżniczkę Annę z angielskiej rodziny królewskiej, goszczącą wówczas w Emiratach. Panie wymieniły ukłony. Żona poczuła się lepiej,a koledzy ambasadorzy z innych krajów z zazdrością patrzyli na żonę polskiego dyplomaty, siedzącą na “ich” trybunie, nie mogąc dojść, czemu zawdzięcza to wyróżnienie. Odnieśliśmy pierwszy sukces dyplomatyczny. Na marginesie. Parada była imponująca. Nam szczególnie zaimponowały biegnące krokiem defiladowym, z pełnym uzbrojeniem, w 45-stopniowym upale, kobiety z pierwszej w regionie kobiecej, arabskiej, elitarnej jednostki wojskowej. A jak byliśmy dumni, gdy usłyszeliśmy od spikera, że jest ona stworzona przez zasłużoną w walkach z Irakiem w czasie operacji .Pustynna Burza” panią pułkownik Karpinski. Już myśleliśmy, że to “nasza”, ale okazala się “zwykłą” Amerykanką, tylko żoną Polaka. Tak, tak, to ta sama pani, teraz już generał, Jane Karpinski,która zarządzała nie sławnym więzieniem Abu Gharib w Bagdadzie, gdzie torturowano aresztowanych przez Amerykanów Irakijczyków … Ale wróćmy do mojej żony, w “cywilu” doktor habilitowanej biochemii z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po paru miesiącach naszego pobytu miejscowa Akademia Medyczna “odkryła” ją i zaproponowała pracę w charakterze profesora.Niedawno otwarta Akademia miała za zadanie wykształcić miejscowe kadry medyczne; dotąd prawie wszyscy lekarze w Emiratach byli obcokrajowcami. Akademia byla prowadzona przez międzynarodową profesurę pod kierownictwem Brytyjczyków i według zachodnich programów nauczania. Zajęcia oczywiście były odrębnie dla kobiet i dla mężczyzn, w odseparowanych od siebie meczetem częściach supernowoczesnego kampusu. Studentek było niemal 70 proc. Pęd do wiedzy, a także pewnie chęć wyrwania się z domu, wśród tej płci, dyskryminowanej w innych dziedzinach życia w tamtejszym świecie, był wielki. W tej sytuacji kobieta w składzie kadry profesorskiej była wysoce cenioną wartością. Mogla być dla tych kobiet-studentek dobrym przykładem. Dla żony możliwość takiej pracy stanowiła oczywiście poważny dylemat.Z jednej strony była to okazja do kontynuowania pracy zawodowej, z drugiej jednak podjęcie jej oznaczało konieczność spędzania 5 dni w tygodniu samotnie w innym mieście, w całkowicie arabskim środowisku. No i jak to pogodzić z rozlicznymi obowiązkami wynikającymi z bycia żoną ambasadora? Uczelnia działała w Al Ain, słynnej w Arabi od wieków oazie, dziś już 200-tysięcznym mieście-ogrodzie, słynącym z parków i ukwieconych ulic. Urząd miasta zatrudniał kilkanaście tysięcy ogrodników, głównie Pakistańczyków, Uczelnię zlokalizowano w głębi pustyni, daleko od stolicy Abu Zabi i od Dubaju, wielkich kosmopolitycznych ośrodków mogących potencjalnie źle wpływać na studentów. Pewnie jednak także i dlatego, że było to miejsce urodzenia głowy państwa, dla którego edukacja była oczkiem w głowie. Oddalenie od innych miast pozwalało lepiej dbać o moralność studentów. W każdy czwartek (to arabska sobota) o godzinie 15. kilkanaście tysięcy studentek (studenci na ogól sami jeździli swoimi samochodami) z całego uniwersytetu zapełniało setki autobusów i odwożono je do domów leżących nawet w najodleglejszych zakątkach kraju. Niech w nich pod czujnym okiem rodziny spędzają czas wolny. W akademikach, będąc poza kontrolą, mogłyby im przychodzić w czasie weekendu różne złe pomysły do głowy …Po kilku tygodniach myślenia żona propozycję zaakceptowała; uznała, że tylko w ten sposób nie straci kontaktu z zawodem, a także nabędzie sporo nowych umiejętności. Formalności odbyły się z iście brytyjską biurokracją, łącznie z weryfikacją jej kwalifikacji zawodowych (rutynowa procedura obowiązująca każdego nowego pracownika naukowego) przez specjalną komisję uniwersytecką w Edinburgh University w Anglii. Otrzymała zezwolenie na pracę i na swoim a nie dyplomatycznym paszporcie zaczęła prowadzić od tego momentu bardzo intensywne życie. Jak się okazało, przez następnych siedem lat. Jak to przeżyła, do dziś nie wiem. Na uczelni była od 8.00 do 17.00. Potem, niemal codziennie wsiadała w samochód i gnała autostradą 138 kilometrów (zwykle robiła to w godzinę], by zdążyć na zaczynające się zwykle o 19.00 oficjalne przyjęcia. Zawsze umierałem wtedy ze strachu, bo autostrada była bardzo niebezpieczna. Codziennie media donosiły o groźnych wypadkach. Nie, nie były to kolizje z innymi samochodami, a z wielbłądami. Te, przyzwyczajone od wieków do swobodnego przemieszczania się po pustyni, często przechodziły przez autostradę. A w nocy bardzo trudno było je zauważyć. Przyjęcia kończyły się zwykle koło północy. Pięć godzin snu i z powrotem 138 kilometrów na uczelnię. Takie rozwiązanie przynosiło jednak efekty. Od strony naukowej - nawiązanie owocnej współpracy naukowej Emiratów z kilkoma uczelniami polskimi; od strony dyplomatycznej - szczególne uznanie w korpusie, ale także kontakty na salonach z żonami miłościwie panujących szejków; lokalnie - poprzez częste wywiady w mediach - pokazanie, że polskie kobiety coś sobą reprezentują.
Ucząc miejscowych, żona miala wyjątkową okazję do ich poznania. Trzeba bowiem wiedzieć, że dla większości obcokrajowców, a zwłaszcza dla dyplomatów, kontakty z ludnością miejscową były dość ograniczone, oczywiście poza kontaktami ściśle oficjalnymi. Natomiast moja żona przebywała z .lokalami”, jak ich w żargonie obcokrajowców nazywano, na co dzień. Oczywiście widywała osobno studentów, osobno studentki. Na zmianę powtarzała ten sam wykład, raz dla mężczyzn, raz dla kobiet. Wymagania Akademii w stosunku do wykładowców były wręcz feudalne. Tak przynajmniej nazwałaby je nasza polska profesura. Jeśli student nie umiał, to mogło to tylko oznaczać brak umiejętności wykładowcy. Pytania do każdego egzaminu czy kolokwium były czytane, dyskutowane i poprawiane przez specjalną Komisję Wydziałową. Ta sama komisja, zwykle niespodziewanie, kilka razy w semestrze, wizytowała zajęcia i wydawała opinię o prowadzonych wykładach. Wszystkie wyniki egzaminu musiały być omawiane ze studentami na specjalnych zajęciach. itp. Żona do dziś żartuje, że każdy polski wykładowca powinien przejść taką szkołę. Na pewno znacznie podniosłaby się i u nas jakość nauczania. W ciągu lat pracy na uczelni żona zauważyła stały wzrost liczby studentek z zasłoniętymi twarzami. Ta zdawałoby się negatywna zmiana była tendencją postępową. To bardzo tradycyjne, beduińskie rodziny zaczęły uznawać wagę edukacji i zgadzać się na wysyłanie swoich córek na uniwersytet. Coraz częściej nawet zawarcie małżeństwa, które nadal aranżowane jest przez rodziny, o czym młoda kobieta dowiaduje się często znienacka, niekoniecznie oznacza już potrzebę przerwania studiów i poświęcenie się domowi. Mimo to ciągle jeszcze niewielki odsetek absolwentek, w szczególności lekarek, zaczyna pracę zawodową. Stoją temu na przeszkodzie zwyczaje i brak potrzeby pracy kobiet z powodów ekonomicznych w tym niesłychanie bogatym kraju. “Nie szkodzi - uważa moja żona - wykształcenie kobiet nie ulega zmarnowaniu. Będą one zupełnie inaczej wychowywały swoje dzieci niż mogły to czynić ich niewykształcone matki”. Niestety,statystyki pokazują, że młody Emiratczyk,statystycznie gorzej wykształcony, niechętnie bierze za żonę miejscową wykształconą dziewczynę. Zapewne się obawia takiego partnera. Ponadto posag płacony przez pana młodego emirackiej rodzinie wybranki jest ogromnie wysoki, Coraz częściej więc Emiratczycy wybierają za żony “tańsze”, o mniejszych wymaganiach i wykształceniu, dziewczyny z innych krajów. To poważny problem społeczny. Pozycja profesora na Akademii Medycznej powodowała czasem zabawne incydenty. Któryś z urlopów spędziliśmy w Indiach. Po powrocie żona przez dłuższy czas odczuwała dolegliwości żołądkowe i musiała być na ścisłej diecie. A tu przychodzi zaproszenie od ambasadora Hiszpanii na uroczysty obiad w jego rezydencji, z okazji święta narodowego.
Nie bardzo można odmówić. Żona dzwoni do żony ambasadora i tłumaczy, że jeśli przyjdzie to będzie mogła jeść tylko ryż. “Nie ma sprawy, dostaniesz ryż”. Przyjęcie. Elegancja-Francja (wlaściwie powinno się powiedzieć: Elegancja-Hiszpania). Tradycje królewsko-mocarstwowe.
Ambasador z utytułowanej szlachty, nazywany w korpusie dyplomatycznym Lechem, ze względu na łudzące podobieństwo do Walęsy. Smokingi, kelnerzy w białych rękawiczkach. Siadamy. Przystawka. Kelnerzy wnoszą ją na talerzach pod srebrnymi przykrywkami. Odslaniają przed gośćmi. Żona dostaje bielutki ryż usypany w piękną kupkę (najlepszy rodzaj basmati). Kelnerzy zabierają przystawki. Wnoszą kolejne danie. Przykryte.Odkrywają. Biały ryż. Ciekawe spojrzenia biegną w stronę talerza żony. Ale dobre wychowanie nie zezwala na zadawanie pytań. Kolejne potrawy, kolejna, zawsze świeżutka porcja ryżu na półmisku. Wreszcie żona jakiegoś ambasadora nie wytrzymuje i pyta: .A cóż to za nowa dieta?”. Żona z kamienną twarzą: “ryżowa” i długo “naukowo” wyjaśnia mechanizm jej działania. Wszyscy kiwają ze zrozumieniem głowami. No i zaczęło się. Wieść poszła, że pani profesor odkryła nową cudowną dietę, pewnie odchudzającą, a może i odmładzającą. Po tygodniu cała dyplomacja Abu Zabi była na diecie ryżowej. Ambasador Indii, kraju będącego głównym eksporterem ryżu, przysłał żonie worek basmati. Za promocję. Żony tak bardzo nie chcieli wypuścić z Akademii, że została tam jeszcze przez rok, kontynuując swoje badania, gdy ja już wróciłem do kraju.
Wieża Światła
Krakowianie mocno zaznaczają swoją obecność w Emiratach. Największa polska inwestycja w tym kraju, to supernowoczesna fabryka puszek krakowskiego Can-Packu w Fudżajrze. Dobrze tam znani inżynierowie, lekarze i pielęgniarki są oczywiście z Krakowa. No i Sawka. Jan Sawka, malarz, plakacista, scenograf (któż nie pamięta jego plakatów do przedstawień Teatru STU, a jeszcze wcześniej rysunków w “Studencie”), po wyjeździe z Krakowa i sukcesach w Ameryce (autor performances słynnego zespołu .Greatfull Dead”) zaproszony został kiedyś do Japonii. I zakochał się w tym kraju i kulturze. Jednym ze sponsorów jego pobytu był wielki japoński koncern produkujący szkło: Nippon Sheet Glass. Jego laboratoria badawcze wymyśliły szkło, które zmieniało barwę pod wpływem impulsów elektrycznych: można było też na nim “wyświetlać” dowolne obrazy - nie znam się na fizyce, ale coś w rodzaju ciekłokrystalicznych ekranów, jakie mamy w zegarkach, komputerach czy ekranach najnowszych telewizorów, tyle tylko, że w dowolnie wielkim formacie.Sawka- san, jak mówi o sobie od czasów swojego romansu z Japonią, postanowił wykorzystać tę technologię do artystycznych prezentacji. Zaprojektował np. wspaniały monumentalny pomnik w Nagasaki, do parku upamiętniającego miejsce eksplozji bomby atomowej: kilkunastometrowe okno, z przezroczystymi w dzień szybami, przez które widać piękne wzgórza pokryte lasem. °zmroku ten “dzienny” obraz zaczyna być elektronicznie wyświetlany. I przez całą noc, na tle rozgwieżdżonego nieba, widać to słoneczne okno z pięknym krajobrazem za szybą. “Okno Nadziei”. Optymizm, mimo ciemności. Projektu tego ze względu na koszty nie udało się niestety zrealizować. Sawka- san razem z japońskimi koncernami postanowili więc spróbować podbić Arabię. Oni pragnęli wejść na tamtejsze rynki, Sawka zaprezentować swoją sztukę na piaskach pustyni. Sawka nie był pierwszym światowym artystą, który próbował zainteresować swoją sztuką Emiraty. Przed nim zjechał słynny Christo (autor takich kontrowersyjnych instalacji, jak umieszczenie w 1991 r. kilku tysięcy niebieskich parasolek w Kalifornii i Japonii, czy opakowanie srebrnym materiałem Reichstagu w 1995 r.), Christo zaproponował postawienie na pustyni pomnika sukcesu Emiratów - piramidy większej od Cheopsa zbudowanej z beczek ropy naftowej. Projekt okazał się jednak za awangardowy i nie uzyskał akceptacji szejków. I wtedy pojawił się Sawka. W roku 1996 zorganizowaliśmy największą w historii jego retrospektywę w prestiżowej Cultural Foundation w Abu Zabi.Do Emiratów przypłynęły dwa kontenery jego prac. Wystawa odbyła się pod patronatem premiera kraju. Szejkowie, tłumy zwiedzających i… Wieża Światła. Projekt Sawki, wykorzystujący najnowsze technologie, przewidywał postawienie przy wyjeździe do stolicy kraju 100-metrowej szklanej wieży-igły o przekroju zaledwie 7 metrów, na której przez cały dzień wyświetlane byłyby specjalne barwne kompozycje artysty. W otoczeniu parku, ze specjalnie skonstruowanym wokół
wieży amfiteatrem, z którego przez cały dzień wjeżdżających do miasta witać miały dźwięki muzyki o motywach arabskich, ale skomponowanej na ten cel specjalnie przez słynnego Eda Sumrnerlina … Projekt Wieży Światła wzbudził niesłychane zainteresowanie. Szejkowie zapraszali Sawkę na wieczorne biesiady. Media szczegółowo opisywały jego dokonania. Sawka, Polska i Kraków przez wiele dni dominowały w Abu Zabi. Jednak 200 milionów dolarów na dzieło sztuki wydało się pragmatycznym szejkom sumą za dużą. W Abu Zabi, w największej galerii Emiratów pozostały na wieczną rzeczy pamiątkę dwa obrazy Sawki oraz wielka makieta Wieży Światła. A projekt może kiedyś zostanie zrealizowany.
Artykuł pochodzi z miesięcznika społeczno - kulturalnego “Kraków” (grudzień nr 2/2004)
Z profesora na ambasadora
W latach 1989 i 1990, wkrótce po transformacji ustrojowej - jak to się teraz określa - Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaproponowało wielu pracownikom naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego wsparcie nowej polskiej służby dyplomatycznej. Kilkunastu naukowców - wśród nich i ja - zaakceptowało propozycje i wkrótce wyjechało na placówki do Europy, USA, Ameryki Południowej i Azji. 31 października 1990 r.
wylądowałem na lotnisku wAbu Zabi, w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, by utworzyć pierwszą polską ambasadę w tym kraju. Tak rozpoczął się niezwykle interesujący okres w moim życiu: 6 lat dyplomacji w świecie arabskim.
Polaków w Arabii, a dokładniej rzecz biorąc na Półwyspie Arabskim., było już wówczas sporo. Od lat siedemdziesiątych pustynne emiraty leżące nad Zatoką Perską szybko się rozwijały, dzięki gigantycznym dochodom z ropy naftowej.Ich ludność z 4 milionów w roku 1950 wzrosła w ciągu pół wieku ponad siedmiokrotnie, przekraczając 30 mln. Ogromną część tej społeczności stanowili obcokrajowcy,skuszeni wysokimi zarobkami interesującą pracą, wśród nich - Polacy. Zaczęło się od Kuwejtu, gdyż tylko władze tego emiratu nie były na tyle pryncypialne, by nie utrzymywać oficjalnych stosunków z państwami komunistycznymi.
Pozostałe monarchie Zatoki: Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Katar i Oman nie chciały rozwijać kontaktów z ateistycznym światem. Dopiero po rewolucji 1989 r. wyraziły gotowość nawiązania stosunków dyplomatycznych z krajami Europy Wschodniej (Arabia Saudyjska podjęła tę decyzję kilka lat później). Polski MSZ postanowił więc szybko otworzyć ambasadę w Abu Zabi: należało objąć opieką konsularną znajdujących się tam Polaków oraz stworzyć bazę traktatową, umożliwiającą przede wszystkim rozwój korzystnej dla Polski wspólpracy gospodarczej. 11 listopada 1990 r., w dzień święta narodowego Polski, otwarta została uroczyście polska ambasada. W centrum Abu Żabi zaczęła powiewać polska flaga. Mojej pracy dyplomatycznej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Katarze nie zamierzam opisywać. Chyba dobrze oceniali ją kolejni ministrowie spraw zagranicznych, skoro kilkakrotnie przedłużali mój pobyt w Arabii. Przytoczę natomiast kilka anegdot i wspomnień z pobytu w tej fascynującej krainie.
Wielbłąd a sprawa polska
Zadzwonił do mnie ambasador niemiecki z prośbą o piłną wizytę w sprawie wagi państwowej. No proszę, pomyślalem sobie, w NATO i Unii Europejskiej jeszcze nas nie ma, ale ważne interesy już do nas mają. Wkrótce przyjechał. Wymieniliśmyuwagi o tym, co słychać w regionie,
po czym ekscelencja przeszedł do rzeczy. Otóż pewnemu farmerowi niemieckiemu,nazwijmy go Franz, mimo dotacji unijnych nie wiodło się najlepiej. Popijając piwo w gospodzie, zwierzył się ze swoich klopotów kolegom. Jeden z nich, pewno na rauszu, poradziJ mu, by zamiast
krów, zaczął hodować … wielbłądy..Oferując turystom przejażdżki wielbłądami- zrobisz majątek”.Franz uwierzył i w zoo we Frankfurcie kupił dwa stare wielbłądy. Minął rok, ale turyści nie przyjeżdżali. Franz był znowu sfrustrowany. “Bo nie wiesz, jak robić porządny marketing - orzekli sąsiedzi - utwórz Niemieckie Towarzystwo Przyjaciół Wielbłądów, znajdź znaną osobę, która zgodzi się być prezesem towarzystwa i reszta potoczy się sama.Zobaczysz, zrobisz jeszcze dzięki tym wielbłądom karierę”. Franz posłuchał.Na prezesa dal się wybrać poseł komisji spraw zagranicznych Bundestagu. Pewnie pomyślał, że i on może sobie jakąś darmową reklamę w mediach dzięki temu zrobić. Ambasador snuł swą opowieść, a ja zaczynałem patrzeć na niego coraz podejrzliwej.Powoli zmierzał jednak do praw wagi państwowej. Kilka miesięcy wcześniej w Abu Zabi przebywała delegacja niemieckich parlamentarzystów w ramach programu rozszerzania współpracy gospodarczej ze światem arabskim.Na zakończenie odbyło się spotkanie z prezydentem Emiratów. Tam nasz prezes od wielbłądów wygłosił pean na cześć szejka za jego działania na rzecz propagowania wyścigów wielbłądów (w Arabii są równie popularne jak wyścigi koni i stąd dobry wielbłąd-wyścigowiec kosztować może nawet kilkaset tysięcy dolarów). I dodał, że on też te szlachetne zwierzęta pragnie w Niemczech promować. A szejk na to: “Cieszę się niezmiernie. Od dawna marzyłem o wyścigach wielbłądów w Europie. Dam panu dwadzieścia najlepszych wyścigowych wielbłądów z moich tajni i mercedesa jako nagrodę dla zwycięzcy wyścigu mojego imienia“. Niemiecki poseł był wniebowzięty. Sam szejk zainteresował się Niemcami. Pewnie uda się dzięki temu zaktywizować wzajemne kontakty. No i jaka promocja!Wyścigi wielbłądów w Berlinie! Delegacja wróciła do Niemiec. Prezes-poseł zadzwonił do Franza. “Ma z pan więcej niż mogłeś sobie wymarzyć: za darmo 20 wyścigowych wielbłądów. Do roboty!”Franz napotkał barierę nie do pokonania.
Kwarantanna, wszystkie zwierzęta przywożone do Niemiec musząją przejść. Kto zapłaci za 6 miesięcy pobytu 20 wielbłądów w jakimś niemieckim zoo? Zadzwonił do prezesa-posła. A ten do ambasadora wAbu Zabi. “Niech pan ekscelencjo załatwi, by szejk zapłacił za kwarantannę swoich wielbłądów“. Ambasador udał się do pajacu. Na szczęście nie do samego prezydenta. “Uchowaj Boże, żeby pan zwrócił się z taką sprawą do szejka. Przecież jego wielbłądy są więcej niż zdrowe. Opiekują się nimi na co dzień najlepsi lekarze. Mają własny, supernowoczesny szpital. Kwarantanna to brak zaufania do nas. Szejk się obrazi“. I teraz zrobił się problem wagi państwowej. Ale Franz wymyślił, że kwarantannę wielbłądy mogą odbyć w… Polsce. Zaświadczenia o ich stanie zdrowia od polskich weterynarzy umożliwią im wjazd do Niemiec. A polska kwarantanna będzie wielokrotnie tańsza od niemieckiej. Warszawskie zoo podjęło się zadania. Dyrektor zatarł ręce: “Dzięki wielbłądom z Emiratów uda się rozwiązać problemy finansowe mojego zoo“. Franz zadzwonił do prezesa-posła, poseł do ambasadora, ambasador do mnie: “Ekscelencjo, niemiecka racja stanu potrzebuje waszej pomocy. No i moja dalsza kariera … Zróbcie, proszę, co
możecie dla tych wielbłądów”. Zawiadomiłem MSZ: “Pilne. 20 wielbłądów prezydenta emiratów w drodze do Warszawy. Niemcy proszą o pomoc“. (Pewnie pomyśleli, że czas już odwołać mnie do kraju.) Dokumentacja takiego transportu to mnóstwo papierkowej roboty.A tu jeszcze szejk łaskawie postanowił swój samolot wielbłądom podstawić. Więc trzeba i zgodę na lot samolotu Zjednoczonych Emiratów Arabskich do Polski załatwić - pierwszy taki rejs w historii wzajemnych kontaktów.Nadszedł ten dzień. Wielbłądy załadowano,razem z nimi ekipę lokalnej telewizji, weterynarza i pakistańskich pastuchów.No i radcę handlowego ambasady.
Tak na wszelki wypadek. Wysiałem wiadomości do polskich mediów. Samolot wrócil, ekipa telewizji też. Okazało się, ze szejk zażyczył sobie regularnych raportów o tym, jak jego ukochane wielblądy nad Wislą się mają. Ucieszylem się. Szejk co tydzień dostanie wieści
z Polski. Może i naszym krajem się zainteresuje,jak Niemcami? Ale obejrzałem film z Okęcia i zmartwiałem. Same problemy. Nie zadbano o dywan na powitanie. Nie, to nie kolejne szaleństwa bogaczy.Wielbłądy mają długie nogi. W samolocie przewozi się je spętane. Jak
kaczki. Z samołotu wyjmuje się dżwigiem. I kladzie na ziemię, nie na beton! Jak mogliśmy o tym nie wiedzieć? Przecież mogły sobie kolana podrapać. Na Okęciu dywanu nie mieli. Ale Polak potrafi. Ułożyli na betonie tekturę z jakiś pudeł i wielbiądom nic się nie stalo. Ale
co za wstyd! Na filmie pudla zamiast dywanu.A potem kolejna wpadka. Po wielbłądy zoo wysłało samochód z przyczepą do przewozu koni, za niską i wielbłądy się nie zmieścily. A tu już zmrok zapadał. Transport przełożono na następny dzień. Pastuchy z Pakistanu przywiązali
więc wielblądy do ogrodzenia lotniska, zapalili sobie obok ognisko i polożyli się spać. Na filmie wyglądało to bardzo romantycznie. Ale co na to szejk? Skończyło się dobrze. Wielbłądy odbyły kwarantannę pod Warszawą. Dobrze się tam czuły. Stado się nawet rozmnożyło
(skoro urodzone na polskiej ziemi, to czy nie nam się wielbłądzięta należały?) Zimą przyjechał po nie Franz. A w lipcu następnego roku w Berlinie odbyły się pierwsze w Europie wyścigi wielbłądów imienia szejka Zayed al Nahyana. Niemcy wzmocniły swoją pozycję w Emiratach. Dzięki nam. Polakom.
Wizyty dyplomatyczne
Podczas kilkuletniego pobytu w Emiratach organizowałem wiele wizyt polskich polityków. Do Abu Zabi dwukrotnie zawitał prezydent Lech Wałęsa oraz premier Pawlak. (Aleksander Kwaśniewski, wówczas jeszcze nie prezydent, przyleciał do Emiratów jedynie na wczasy
połączone z tenisem). Wizyty oficjalne to rozliczne problemy. Pierwszy - program wizyty. Na tym szczebłu powinien byłbyć szczegółowo uzgodniony na wiele tygodni naprzód. Ale w Emiratach to niemożliwe. Tam zabierano się do organizacji wizyty zwykle na dzień przed jej rozpoczęciem. Wymagało to ode mnie szczególnej ekwilibrystyki - przekonywania MSZ w Warszawie, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik i modlenia się, żeby nic się nie zawaliło. Większych wpadek przeważnie nie miałem. Było natomiast ciekawie.Po pierwsze, dowiedziałem się, że skład delegacji zależy od temperatury powietrza. Im większy upał, tym mniej osób mogło przylecieć nad Zatokę. Prezydent i premier III RP dysponują wspaniałym sprzętem latającym pod nazwą Tu-154 M.Ich silniki są stosunkowo małej mocy. Przy wysokiej temperaturze powietrza (a taka przez większą część roku panuje w tamtym rejonie), czyli przy rozrzedzonym powietrzu,wypełniony samolot może nie oderwać się od ziemi. Inny problem to zawieszenie tego samolotu. Jest tak czule, że uniemożliwia korzystanie z “rękawów”
i zmusza pasażerów do dodatkowych podróży autobusem po płycie lotniska.Po drugie, przyjęcia. Wladcy emiratów z arabską gościnnością podejmują przybyłych gości wystawnymi bankietami. Mają one w Abu Zabi swój rytual. Zaproszeni goście, korpus dyplomatyczny
itp. przyjeżdżają do jednego z pałaców (a sam prezydent ma ich w Abu Zabi kilkanaście) punktualnie, jak nakazuje protokół.l zajmują miejsca w wielkiej jak komnaty wawelskie sali. ł czekają. .. czekają… czekają. Czasem godzinę, a czasem cztery. Należy siedzieć, tam gdzie się siadło. Po jednej stronie “miejscowi”, po drugiej - zaproszeni goście. Gospodarzom nie bardzo wolno rozmawiać z gośćmi. A nuż w takiej nieoficjalnej
rozmowie powiedzieliby coś, czego nie powinni. Pozostaje więc popijanie wspaniałych soków owocowych serwowanych przez uniżonych kelnerów i objadanie się świetnymi szwajcarskimi czekoladkami, stojącymi przed każdym fotelem. I okadzanie się drzewem sandałowym, które co chwilę przynoszą na żarzących się węglach służący.Apetyt rośnie. Wreszcie nadchodzi długo oczekiwana chwila. Pojawia się szejk z gościem i zaprasza wszystkich do jadalni.Kilkaset osób (oczywiście sami mężczyźni) żwawo zajmuje miejsca za uginającymi się od potraw stołami. Kelnerzy zaczynają błyskawicznie obsługiwać gości. Błyskawicznie, bo sędziwy szejk-prezydent jada mało i szybko. A jak skończy i wstanie od stołu, wszyscy muszą opuścić salę. No bo jakże to siedzieć przy stole bez gospodarza. Mój kolega, ambasador Szwajcarii skrzętnie notował długość każdego posiłku. Im dłuższy, tym gość ważniejszy, Najdłuższy odnotowany przez niego obiad trwał 28 minut. Nie było szans zjeść czegoś więcej niż drugą przystawkę. A zupa, a dwa drugie dania, a wspaniale desery - można tylko pomarzyć …
Raz zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Do emiratów zjechal premier Pawlak.Szejk podjął go obiadem. Ijak zawsze, po długim wyczekiwaniu, wszyscy w pośpiechu połykali przystawki wiedząc, że na wiele więcej nie ma co liczyć. A tu niespodzianka! Rozmowy szejka z naszym
premierem trwają i trwają. Wjeżdża zupa. I drugie dania. Potem deser. Na sali zaniepokojenie. Ambasador rosyjski usiłuje wyciągnąć ode mnie, o czym oni tak długo rozmawiają - jutro przyjeżdża premier Czernomyrdin. Ambasador brytyjski już obrażony. Wczoraj bankiet na cześć jego premiera trwał tylko dwadzieścia minut. Dlaczego Polacy są tak ważni dla Emiratczyków? Robię tajemniczą minę. Sukces dyplomatyczny - obiad trwa prawie półtorej godziny! A o czym rozmawiali? Tajemnica służbowa. Dzisiaj można ją już chyba złamać. O polowaniach. Obaj są zapalonymi myśliwymi, a tłumacz miał spore trudności z opisem zwyczajów łowieckich i używanej broni. Z obiadem tym był zresztą i inny problem.
Członkiem delegacji oficjalnej była kobieta - pani minister Barbara Blida. Co zrobić? Miejscowi są nadzwyczaj kurtuazyjni. Nie ma sprawy. No i po raz pierwszy chyba w sali bankietowej zasiadla kobieta. Miejscowa telewizja zwyczajowo pokazująca sprawozdania z takich przyjęć, starannie wycinała a wszystkie ujęcia z naszą panią minister. Bo co miejscowi mogliby sobie o tym pomyśleć? l jak frywolnie była ubrana. W dlugą czarną suknię, nawet bez dekoltu, ale z muślinowymi rękawami. I zarysu łokcia można się było dopatrzyć. Zgroza.
Artykuł pochodzi z miesięcznika społeczno - kulturalnego “Kraków” (listopad nr 1/2004)